Moje gusta i humory muzyczne zmieniaja sie dosc czesto. Czasem mam ochote na Szopena, czasem na powrot do korzeni punkowo-rockowych, a czasem na cos zupelnie innnego. Czymas takim zupelnie innym jest album Swim, kanadyjskiego artysty ukrywajacego sie pod pseudonimem Caribou. Ale zacznijmy od poczatku…
Chyba z pol roku temu natrafilem na artykul gdzies w internecie z subiektywnym zestawieniem najlepszych albumow zeszlego roku w muzyce alternatywnej. Nie zastanawiajac sie zbyt dlugo siegnalem po pozycje pierwsza tego zestawienia, ktorym byl oczywiscie wspomniany przeze mnie album.
Pierwsze przesluchanie i werdykt: kicha. Jeden kawalek jakos mi wpadl w ucho (Sun), ale jakos nie chwycilo mnie za… (za co? Za rogi sie mowi? Za serce?) Nie chwycilo mnie
Odstawilem album na pozniej. Kilka razy przesluchalem potem Sun na mp3 i stwierdzilem, ze jest naprawde ok, wiec dalem albumowi druga szanse. I znowu kiszka. Do szuflady.
Az w koncu jakis czas temu na moim lapku znowu zabrzmial Caribou. I objawienie! Ten album naprawde jest genialny! Moze trzeba sie wsluchac, moze musialem poczekac na odpowiedni humor muzyczny, moze moze moze. Nie wazne co! Wazne, ze album rzadzi.
Pomieszanie dzwiekow akustycznych i elektronicznych. Artysta ciagle eksperymentuje, ale nie za bardzo. Nie tyle ile we freejazzie, ale na tyle aby bylo to interesujace. I co najwazniejsze w tym wszystkim to to, ze utwory nie sa nudne co ostatnio przytrafilo sie jednej “gwiezdzie” muzyki elektronicznej z Berlina. Naprawde kawalek dobrze odwalonej elektronicznej roboty.
Zachecam do wsluchania sie w album. A jak sie nie spodoba, to sprobuj za jakis czas. I moze jeszcze kiedys potem. A jak sie nigdy nie spodoba, to znaczy, ze sie nie znasz i masz tepe ucho!
mialem to samo z frankiem kimono i wiekszoscia dyskotekowych skladanek jacka cygana. caribou wymiata